Makijaż, maski, czym jest piękno?

Jeszcze rok temu nie byłam w stanie wyjść gdziekolwiek bez makijażu. Wizytę w pobliskim sklepie planowałam pół godziny wcześniej, w końcu te dwie minuty drogi musiałam spędzić z trzema tuszami na rzęsach i mocnym bronzerem na policzkach. Miałam na twarzy maskę grubości 3 cm, a kolory moich szminek można było zobaczyć jedynie na wybiegach w domach publicznych. Nic dziwnego, że jedna z nauczycielek wyrzucała mnie niegdyś notorycznie z zajęć i kazała zmywać makijaż papierem ściernym.

I-Will-Just-Do-A-Thin-Wing-Today-Funny-Makeup-Meme-Picture_edited.jpg

Lecz co tu więcej mówić, lepiej przeczytać. Jak już wspominałam, przelałam w Amelię cząstkę siebie – cząstkę z okresu pierwszej liceum (Chryste, jak dawno to było). Oto ona:


AMELIA

30 października 2008r.

– Mamo, widziałaś gdzieś mój pędzel do pudru? Ten duży! – krzyknęłam z łazienki.

Wiedziałam, że i tak nie zdążę na autobus. Przetrząsnęłam już wszystkie szafki i kosmetyczki, ale ani śladu pędzla. Nie mogłam wyjść do ludzi w samym fluidzie, w którym moja twarz przypominała święcący się balon.

Mój codzienny rytuał wyglądał następująco:

  • 6:30 – pobudka,
  • 6:35 – śniadanie,
  • 6:40 – rozpoczęcie tapetowania (baza pod makijaż, fluid, korektor, rozświetlacz, róż, bronzer, puder, cienie, eyeliner, cztery tusze do rzęs, wosk do brwi, kredka do brwi, konturówka do ust, szminka, błyszczyk; chyba niczego nie pominęłam),
  • 7:25 – bieg na autobus o 7:32,
  • w międzyczasie dodatkowa rozrywka – kłótnie z mamą.

Zaczęłam się malować w wakacje. Może i nie wyglądałam jak hollywoodzka aktorka, ale nie byłam też spasionym pasztetem z gębą Wikinga. Dużo osób mówiło, że mam śliczną twarz i piękne, duże oczy. Przez pewien czas w to wierzyłam. Niestety, niektórzy z nas trafiają w pewnym okresie życia na idiotę, który zna magiczne sztuczki, by zmienić nasze odbicie w lustrze. Mateusz – tak miał na imię idiota, z którym chodziłam do jednej klasy w gimnazjum. Codziennie przypominał innym o mojej „świńskiej dupie”, „okropnych pryszczach” i „twarzy jak po przejechaniu walcem”. Nie reagowałam, bo po co? Wypłakiwałam się wieczorami w poduszkę i za wszelką cenę unikałam patrzenia w lustro. Tak oto w ciągu trzech lat czarodziej Mateusz pozbawił mnie resztek pewności siebie. Brawo, Mati!

Zaczęło się od tuszu do rzęs, czarnej kredki, fluidu, w którym moja twarz wyglądała jak po dwudniowej wizycie w solarium, oraz pudru. Kosmetyków przybywało z tygodnia na tydzień – dwadzieścia szminek, cztery podkłady, trzydzieści zestawów cieni do powiek. Codziennie po zajęciach robiłam krótkie wypady do pobliskich drogerii, by szukać nowych produktów i delektować się ich widokiem. Szaleństwo przeistoczyło się w rytuał odbudowujący zaległe pokłady pewności siebie. Kiedy pierwszy raz udało mi się zakryć trądzik oraz podkreślić moje gęste rzęsy i pełne usta, zobaczyłam w lustrze osobę, którą zawsze chciałam być. I nie było już drogi odwrotu. Gdy szłam rano do łazienki, widziałam w lustrze zaspaną, zakompleksioną dziewczynę o przeciętnej urodzie. Po kilkudziesięciu minutach patrzyłam na pewną siebie, atrakcyjną Amelię, z której już nikt nie miał powodów się śmiać. Wkrótce podszkoliłam się w sztuce makijażu – wreszcie nie wyglądałam jak tania tapeciara po ostrym solarium! Moja fryzura i makijaż musiały być zawsze idealne, wręcz nieskazitelne. W przeciągu kilku miesięcy większość kosmetyków podrzędnych firm zastąpiłam niewielką ilością produktów z tak zwanej „górnej półki”. Kosmetyczki odetchnęły z ulgą, czego niestety nie mogę powiedzieć o moim portfelu.


Jak wiele zmieniło się od tego czasu… Zamiast dwudziestu szminek, mam ich równo pięćdziesiąt sześć! A tak serio (tych pięćdziesiąt sześć szminek to również prawda!) – dzięki wspaniałemu psychoterapeucie umiem żyć bez wiecznej maski na twarzy. Umiem wyjść do sklepu, poprowadzić angielski, ba!, nawet przejechać się SKM-ką bez jakiegokolwiek makijażu, choć przedtem wydawało mi się to zadaniem nie do wykonania. Nadal dzięki makijażowi czuję się pewniej, poza tym uwielbiam kupować pomadki do ust w najróżniejszych kolorach (oprócz tych świńskich), jednak róż i cienie do powiek nie są mi już niezbędne. Wiem, że dla niektórych z Was to, co piszę, może wydać się błahe i głupie, jednak przestrzegam – w pewnym momencie makijaż może stać się Waszym nowym uzależnieniem (czytałam o kobietach, które wstają o czwartej rano, by zrobić makijaż przed pobudką swojej drugiej połówki). A z uzależnieniami jak z wizytą teściowej – nie znacie dnia ani godziny.

Po ostatnim poście na temat supermodelek plus-size dostałam wiele komentarzy, iż „byłam zbyt ostra i niemiła”. Tu tak nie będzie, nie bójcie się. Ktoś ma duży nos, ktoś małe uszy, ktoś skośne oczy, a jeszcze ktoś inny krzywy zgryz. Ktoś jest brzydki, ktoś jest ładny (oczywiście zakres „piękności” zmienia się w zależności od osoby). I to jest fajne! To nas od siebie odróżnia! Jesteśmy wyjątkowi! Na wagę i nasze zdrowie mamy w znacznej części wpływ, na wspomniane skośne oczy nie (chyba że chcecie stać się idealnymi manekinami podobnymi do tysiąca innych dzięki operacjom plastycznym). Nie popełnijcie mojego błędu i nie dajcie się uwięzić w klatce kompleksów z powodu tego, co Was wyróżnia.

Kolejna kwestia – teoria „wygląd nie ma znaczenia”. Zabawne. Oceniam po wyglądzie, to naturalne. Wszyscy to robimy, po prostu niektórzy nie chcą się do tego przyznać (w końcu to takie grzeczne i chrześcijańskie powiedzieć: „liczy się jedynie charakter”). Wygląd to nasza wizytówka. Chyba każdy z nas pragnie prezentować się w przyzwoity, miły dla obcego oka sposób. Pierwsze wrażenie może zaważyć na naszym kontakcie z daną osobą – to ono decyduje, czy mamy ochotę coś bądź kogoś dalej poznawać i wchodzić w bliższe interakcje. Ja raczej nie rozpoczęłabym rozmowy z farbowaną na czarno damą z kolczykiem w nosie i w krótkich dżinsowych spodenkach odkrywających pośladki. Wyrabiamy sobie zdanie na temat drugiego człowieka na podstawie jego ubioru, higieny osobistej i ogólnej prezencji. Raczej nie chciałbyś nawiązać kontaktu z panem królem żulem, który śmierdzi piwem, a po nogawce jego spodni spływa strużka moczu, czyż nie? Jednak pamiętajmy – pierwsze wrażenie może być bardzo mylne, ponieważ jest stereotypowe. Wszyscy możemy na tym stracić.

Na koniec cytat Tyriona Lannistera z „Gry o tron”:

Nigdy nie zapominaj o tym, kim jesteś, bo świat na pewno o tym nie zapomni. Uczyń z tego swoją siłę, a wtedy przestanie to być twoim słabym punktem. Zrób z tego swoją zbroję, a nikt nie użyje tego przeciwko tobie.

Zamieniajcie swoje słabe punkty w zbroje!

Stay fishy!

<><

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s