„31 korytarzy” – dwa fragmenty książki

my (124)

Gitara nie pojawia się na zdjęciu przypadkowo, wystarczy przeczytać poniższe fragmenty, aby dowiedzieć się, jak ważna scena związana z instrumentem znajduje się w książce.

Jako że jadę na niezasłużony odpoczynek i nowy post pojawi się dopiero po weekendzie, zachęcam do czytania!

UWAGA! Fragmenty mogą zawierać śladowe ilości wulgaryzmów.


AMELIA
30 października 2008r.

– Zaspałaś? Zepsuł się zegarek? Korki? – pytał, gdy szłam do ławki. – A może zgubiłaś po drodze różowe rajtuzki?

Klasa wybuchła śmiechem. Jedynie Ula siedziała cicho. Zabiję cię, skurwielu.

– Zaspałam – powiedziałam cicho i odwróciłam się w stronę ściany. Nie chciałam, by ktokolwiek widział moje pandzie oczy i rozmazany fluid. Nie mogłam okazać słabości, nie przy klasie, nie przy nim. Pamiętaj, jesteś robotem. Nie czujesz. Łza spłynęła mi po policzku. Zaczęłam gryźć paznokcie.

– No dobrze, to w takim razie zapraszam do odpowiedzi. – Kaczmarek uderzył ręką o biurko. Ula spojrzała na mnie.

– Odpowiadałam niedawno – wychlipałam. Byłam przygotowana, ale nie miałam siły stanąć tego dnia przy tablicy.

– To od razu mam ci postawić jedynkę? – Kaczmarek spytał złośliwie. Zmrużył oczy niczym lew gotowy do ataku.

– Pierdolę to.

Nie miałam ochoty ciągnąć dalej jego gierki. Wszyscy ucichli. Ula zasłoniła usta dłonią, Magda wytrzeszczyła oczy. Przeniosłam wzrok z uśmiechniętego nauczyciela na wstrząśniętych kolegów. Czy ja to powiedziałam na głos? Kurwa, kurwa, KURWA. Zaraz wyląduję u dyrektora. Wywalą mnie. Jak ja się wytłumaczę mamie? Czy wyrzuci mnie z domu? Nigdy już nie zobaczę Charliego. Zamieszkam z narkomanami w opuszczonej ruderze na obrzeżach miasta. Żegnajcie, towarzysze podróży! Miło mi było was poznać!

Kaczmarek zaśmiał się głośno. Wyciągnął długopis i wpisał mi na raz trzy jedynki do dziennika. I co? To tyle? Gdzie ta rudera z narkomanami?

– Dziękuję. – Odetchnęłam z ulgą, patrząc jak czerwony długopis sunie po kartce dziennika.

– Nie ma za co – odpowiedział. – Strona dwudziesta. Funkcje, ciąg dalszy.

*          *          *

Dzwonek oznajmił koniec zajęć. Schowałam książki do torby.

– Amelia, zostań.

Cała klasa pospiesznie opuściła salę, nie chcąc narazić się na gniew nauczyciela. Dałam znak stojącej przy drzwiach Uli, żeby poszła. Serce waliło mi jak oszalałe. W spoconej dłoni ściskałam słuchawki; wbiłam wzrok w podłogę i czekałam na odczytanie wyroku. Kaczmarek usiadł na skraju biurka. Obejdźmy się bez ofiar i bezsensownych wyrzutów, nie mam zamiaru się tłumaczyć, a tym bardziej przepraszać.

– Nie będę tolerował takiego zachowania – powiedział podniesionym głosem. – Nie obchodzi mnie, czy masz dobry, czy zły dzień. Jeśli jeszcze raz odezwiesz się do mnie w ten sposób, przysięgam, że szybko wylądujesz w innej szkole – odczekał chwilę – rozumiesz?! – zapytał stanowczo i ruszył w stronę drzwi. – Nie życzę sobie więcej takich odzywek na zajęciach! – Nigdy nie widziałam go tak wzburzonego. Wyglądał, jakby miał zaraz się na mnie rzucić i udusić, a potem zostawić moje ciało w sali z przylepioną kartką: „Tak kończą ci, co ze mną zadzierają”. Pan Kaczmarek – postrach szkoły.

– Tak – wyszeptałam. – Proszę Pana?

– Słucham. – Przed wyjściem z klasy Kaczmarek odwrócił się w moją stronę i włożył ręce do kieszeni. Spojrzałam mu w oczy. Nie był już zdenerwowany, ale przygnębiony.

– Chcę się przepisać do drugiej grupy – wymamrotałam. Zakręciło mi się w głowie, zrobiło mi się duszno. Mocno złapałam oparcie drewnianego krzesła. Kaczmarek stał w progu i nerwowo przeczesywał ręką siwiejące kosmyki włosów.

– Więc napisz w tej sprawie do dyrektora – szybko uciął rozmowę.

(…)

– Gdzie się tego nauczyłaś? – Usłyszałam za sobą niski głos. Kaczmarek stał oparty o ścianę i gryzł jabłko otrzymane w stołówce w ramach deseru.

– Nigdzie – odpowiedziałam i niezwłocznie zamknęłam klapę pianina. Wolałam zostać pożarta żywcem przez wygłodniałe lwy niż decydować się na rozmowę z tym idiotą.

– Też trochę umiem – powiedział i podszedł do mnie. Położył nadgryzione jabłko na biurku i przysunął do mnie drugie krzesło, zamykając mi tym samym drogę ucieczki. Miał na sobie czarną bluzę z napisem „OXFORD ‘89” i mocno ściśnięte paskiem dżinsy, które szeleściły z każdym ruchem. – Znasz Dla Elizy? – spytał. Siedział tak blisko, że z łatwością wyczułam od niego ostry zapach fajek. Po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się z bliska jego twarzy. Miał sporo zmarszczek, szczególnie w okolicach oczu, i cienkie, ledwo widoczne brwi. Kiedy się uśmiechnął, dostrzegłam małe dołeczki w jego pulchnych policzkach. Nie nosił obrączki.

– Tak – odpowiedziałam nieśmiało. Kaczmarek otworzył klapę i prawą ręką zaczął grać główny temat utworu Beethovena. Miał delikatne dłonie.

– Co ci się stało? – wskazał palcem pokaźnych rozmiarów siniaka na moim prawym nadgarstku. Szybko zasłoniłam pamiątkę po porannej kłótni z mamą rękawem swetra. Nie odpowiedziałam, a Kaczmarek nie dopytywał. Podniosłam lewą dłoń i zaczęłam mu akompaniować. Zagraliśmy do końca, myląc się chyba ze sto razy. Kiedy skończyliśmy, Kaczmarek wytarł rękawem czoło.

– Przepraszam – powiedział cicho, gładząc palcem końcówkę pożółkłego klawisza. Nie wiedziałam, czy przeprosił za swoje zachowanie na zajęciach, czy też dotknięcie mnie niechcący kolanem. Miałam nadzieję, że to pierwsze. Ale czy to przypadkiem nie ja powinnam go przeprosić? Nie, nie będę się przed nim płaszczyć. Niech ma za swoje, teraz ja jestem panią sytuacji. Klękaj, nikczemniku!

– Ja też przepraszam.

Co?! Przecież nie chciałam tego powiedzieć!

– Już po dzwonku, leć na lekcję. – Nauczyciel spojrzał na mnie. – Dziękuję za wspólną grę, choć o wiele pewniej czuję się z gitarą. – Odstawił krzesło, zabrał ze stołu nadgryzione jabłko i poszedł w kierunku drzwi. W progu odwrócił się. – Widzimy się jutro na zajęciach czy się przepisujesz?

– Widzimy się jutro.

Zamknęłam klapę pianina.


WITOLD
7 kwietnia 2009

Rozjuszony podszedłem do auta. Spakowałem plecak do bagażnika i ze złości kopnąłem oponę samochodu. Poczułem ból rozchodzący się od prawej stopy aż po udo. Ledwo powstrzymałem krzyk. Nagle zauważyłem Amelię siedzącą pod drzewem obok parkingu.

– Co tu robisz? – spytałem, próbując za wszelką cenę zasłonić dłonią spuchnięty policzek, symbol mojego upokorzenia. Amelia zdjęła słuchawki i spojrzała na mnie posępnie.

– Czekam. – Pociągnęła zatkanym nosem. Jej głos nie brzmiał już tak czule i łagodnie. – Czemu kopie pan samochód?

– Na co czekasz? – Zignorowałem jej pytanie.

– Na zbawienie. Zapomniałam kluczy do domu – powiedziała i wyciągnęła się na pokrytej rosą trawie. Jej turkusowy sweter podjechał nieco w górę, odsłaniając nagie, blade biodro. Patrzyłem na nie jak zahipnotyzowany. Zaczęło kropić.

– Może cię gdzieś podwieźć? – spytałem. Nie mogłem jej zostawić.

– Nie, dzięki. – Amelia założyła słuchawki, brutalnie kończąc naszą rozmowę.
Wsiadłem jeszcze bardziej rozwścieczony do samochodu i odpaliłem silnik. Kiedy wyjeżdżałem z parkingu, zatrzymałem się przy drzewie, pod którym leżała. Zatrąbiłem dwa razy.

– Wsiadaj! Nie będziesz mieć z mojego powodu zapalenia płuc – warknąłem przez uchyloną szybę. Amelia, spłoszona dźwiękiem klaksonu, wstała z ziemi i wsiadła niepewnie do samochodu. Zajęła miejsce na tylnym siedzeniu. Rozejrzałem się na boki, czy aby na pewno nikt nas nie widzi i gwałtownie wyjechałem z parkingu. Dziewczyna oparła głowę o szybę i patrzyła obojętnie na mijane bloki oraz sklepy. Byłem zbyt zdenerwowany, by móc w pełni cieszyć się jej obecnością. Co jakiś czas zerkałem na nią w lusterku.

– Jaki piękny dom! – wykrzyknęła, gdy zaparkowałem auto na kamiennym podjeździe. Zgasiłem silnik i spojrzałem na moją chorowitą pasażerkę.

– A kredyt do końca życia. Poczekaj, otworzę ci drzwi – powiedziałem, gdy Amelia odpięła pas. Była cała blada i zziębnięta, co chwilę kasłała.

– Nie trzeba, umiem wychodzić z samochodu – odparła roześmiana i wyszła samodzielnie z auta. Moje dżentelmeńskie zapędy legły w gruzach. Wyciągnąłem z bagażnika ciężki plecak, a następnie otworzyłem drzwi wejściowe prowadzące do wąskiego przedpokoju.

– Wchodź – zachęciłem ją w progu. – Po lewej jest salon. Zaraz do ciebie przyjdę.

(…)

Skarpetki bez dziur, nie najgorszy oddech, może nie będzie tak źle. Gdy wróciłem do salonu, Amelia stała przed witryną, za którą znajdowało się moje ślubne zdjęcie.

– Śmiesznie pan wyglądał. – Amelia odwróciła się. Jej ciemne włosy wydawały się lekko rudawe w blasku promieni wpadających przez ogromne okno balkonowe. – Naprawdę nie chcę się panu narzucać. Mogę pojechać do przyjaciółki.

– A ja nie chcę o tym słyszeć – powiedziałem stanowczo. Jak dobrze, że zabrałem ją spod szkoły. Być może nie dostałbym już takiej szansy. – Usiądź sobie. Zrobię ci ciepłej herbaty i przyniosę koc. – Spojrzałem na pokrytą jasnym meszkiem skórę przy jej piersiach.

– To pan? – Amelia wskazała palcem stare zdjęcie. Miałem siedemnaście lat, byłem ubrany w skórzaną ramoneskę i podarte dżinsy, a kręcone włosy sięgające pasa związałem bandaną.

– Tak – powiedziałem, przyglądając się podobiźnie chłopca, którym niegdyś byłem.

– Był pan bardzo przystojny.

Usiadła na sofie. Wyjąłem z szafy gruby, wełniany koc, którym szczelnie się okryła. Za wszelką cenę starałem się ukryć grymas niezadowolenia spowodowany słowami „Był pan”.

– Herbata owocowa czy zwykła?

– Owocowa. – Amelia znów zaczęła kichać.

(…)

– Czy jesteś zła, że do ciebie wtedy napisałem? – Zaczerwieniłem się. – Martwiłem się o ciebie.

– Nie jestem zła. Mówiąc szczerze, było mi bardzo miło. – Ulga, a po niej kolejna niezręczna cisza. Takiego scenariusza się nie spodziewałem. – To pana gitara? – Amelia patrzyła na stojący w rogu pokoju instrument.

– Tak. Dostałem na urodziny – odpowiedziałem, a już po chwili Amelia trzymała instrument w dłoniach.

– Nigdy nie umiałam na tym grać. Podobno mam za krótkie palce. – Usiadła ponownie na sofie, zgięła swoje zgrabne kolano i stukała palcami o struny.

– Na pewno byś się nauczyła – zachęciłem ją. Amelia męczyła się długi czas z gryfem i zagrała prawie czysty akord C-dur. Oparła brodę o pudło rezonansowe.

(…)

– Daj lewą rękę. – Wziąłem jej ciepłą dłoń i ułożyłem odpowiednio na gryfie gitary. Stykaliśmy się udami. Moje tętno przyspieszyło. – Uderz w struny. – Zbliżyłem twarz do jej policzka, a prawą rękę położyłem na jej biodrze. Nie protestowała. Serce prawie wyskoczyło mi z piersi. Amelia przejechała lekko prawą ręką po strunach. – To akord F-dur. Jeszcze G-dur i będziemy mieli triadę.

(…)

Ponownie ułożyłem jej palce na gryfie. W salonie zabrzmiał akord G-dur.

– Ale to fajne! – Amelia pisnęła przejęta.
Nie mogłem się dłużej powstrzymywać. Przyłożyłem policzek do jej policzka. Amelia zadrżała. Sam byłem wstrząśnięty swoją odwagą (a może głupotą, kto wie?). Zamknąłem oczy. Byłem szczęśliwy, tak bardzo szczęśliwy. Nie umiałbym opisać tego uczucia innymi słowami.

– Teraz trzy po kolei. Pamiętasz ustawienie palców? – wyszeptałem, trącając nosem płatek jej małego ucha. Kiwnęła głową i powoli, z drobnymi pomyłkami, zagrała trzy akordy. Położyłem brodę na jej ramieniu. – No to teraz jesteś gotowa grać Metallikę!
Niespodziewanie Amelia oddała mi gitarę, uklęknęła na sofie i przytuliła mnie z całej siły. Trwaliśmy w takiej pozycji przed dłuższy moment. Znieruchomiałem, mój mózg postanowił zrobić sobie przerwę. Zero myśli, zero zmartwień. Pustka”.


Stay fishy!

<><

Jedna myśl na temat “„31 korytarzy” – dwa fragmenty książki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s