Warhol, pop-art, markery, muzyka filmowa i koncerty, czyli to, co rybki lubią najbardziej / Warhol, pop-art, markers, soundtracks, and concerts, so things fish love the best

file

Tata zabrał mnie na pierwszy koncert, gdy miałam sześć lat – był to występ zespołu Blackmore’s Night, który, jeśli się nie mylę, odbywał się w Płocku. Niesamowite przeżycie, muzycy występujący na żywo, pierwsza oryginalna koszulka z logiem wykonawców. Rok później zaczęłam naukę w szkole muzycznej w Sochaczewie, a w liceum do moich „zapychaczy” wolnego czasu dołączyło rysowanie. Jak udało mi się to wszystko pogodzić?

Zacznę od tego, co dla mnie najistotniejsze – od muzyki. Muzyka towarzyszy mi codziennie w drodze do pracy i na uniwersytet, w czasie jazdy samochodem i pisania bloga oraz podczas marszu do pobliskiego sklepu. Spędzam z nią około osiem godzin dziennie, niekiedy katuję jeden utwór tygodniami (ostatnio jest to „Be Our Guest” z „Pięknej i Bestii”). Można powiedzieć, że to moje jedyne uzależnienie. Nie jestem w stanie wyjść z domu bez słuchawek, a gdy raz zdarzyło mi się zapomnieć o nich przed długą podróżą, kupiłam w kiosku byle jakie badziewie za dziesięć złotych, byle tylko móc odizolować się od natrętnych dźwięków i idiotycznych rozmów napływających z zewnątrz. Skąd ta fascynacja? Dzięki rodzicom. Od kiedy pamiętam tata puszczał z kaset i płyt gramofonowych klasykę rocka i heavy-metalu (Iron Maiden, Scorpions, Metallicę, Helloween), a mama zabierała mnie na musicale do Teatru Muzycznego ROMA w Warszawie. Marzyłam, by mieć w domu instrument, na którym mogłabym zagrać coś zasłyszanego w filmie, reklamie czy zanuconego przez obcą mi osobę na ulicy, dlatego też w drugiej klasie szkoły podstawowej odbyłam egzamin i, o dziwo, dostałam się do szkoły muzycznej.

Pierwsze zajęcia z gry na fortepianie były katorgą – nie umiałam czytać nut, moje nieforemne palce drżały przy każdym ruchu, jednak nie dawałam za wygraną. Miesiąc po rozpoczęciu nauki rodzice postanowili kupić mi pianino, stary rosyjski instrument pamiętający czasy ZSRR. Zajęcia odbywały się cztery, pięć razy w tygodniu, łącznie z sobotami, trzeba było również ćwiczyć kilka godzin dziennie w domu. Czasem brakowało mi już na to sił. Z roku na rok coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że Beethoven i Chopin nie są mi przeznaczeni. Chciałam grać coś żywego, znanego, zaskakującego. W domu zamiast ćwiczyć inwencję trzygłosową Bacha, grałam motyw przewodni filmu „Gnijąca Panna Młoda” Tima Burtona. Na dyplom kończący szkołę muzyczną składający się z pięciu długich utworów nauczyłam się w trakcie nocy poprzedzającej egzamin. Miałam podejść do zaliczenia w późniejszym terminie, jednak postanowiłam zaskoczyć moją mistrzynię fortepianu, która pobladła, widząc, jak wchodzę na scenę. Zdałam na czwórkę. Jakim cudem? Tego nie wie nikt.

Po ukończeniu szkoły muzycznej musiałam zrobić sobie dłuższą przerwę od fortepianu, po prostu gra przestała mi sprawiać przyjemność. Przed rozpoczęciem pierwszej klasy liceum otworzyłam klapę nienastrojonego pianina i moja przygoda rozpoczęła się od nowa. Zaczęłam zgłębiać tajemnice soundtracków i szukać informacji na temat kompozytorów. Fascynacja przerodziła się w miłość. I tak oto w jednym tygodniu potrafiłam iść na koncert muzyki Hansa Zimmera, Johna Williamsa, Jana A. P. Kaczmarka, Leszka Możdżera czy Jamesa Hornera, a następnie jechać z tatą na Ozzy’ego Osbourne’a, by pomachać czupryną przy ostrych, metalowych utworach. Nic się nie zmieniło – nawet teraz jeżdżę rocznie na ponad dziesięć koncertów, a na mojej playliście znajdują się zarówno utwory Griega, jak i piosenki Tenacious D. Pieniądze nie grają roli, nowe buty nie mogą równać się z biletem na koncert czy kolejną płytą Radical Face.

12004692_804243139673850_6232464569522744310_n

A co z rysowaniem? Skąd w ogóle pomysł na zaprzyjaźnienie się z czarnym markerem? Od dzieciństwa rysowałam i malowałam czym tylko się dało – ołówkiem, kredkami, pastelami, farbami – mimo to efekty nigdy nie były zadowalające. W liceum odkryłam przez przypadek dzieła Andy’ego Warhola oraz Roy’a Lichtensteina (przedstawicieli rzekomo kiczowatego pop-artu), które skłoniły mnie do zmierzenia się z czarno-białą techniką rysunku. Kupiłam marker i cienkopis, wydrukowałam fotografię Marylin Monroe, po czym, spoglądając na nią, zaczęłam odwzorowywać portret na kartce. A po skończeniu pracy Rybka spojrzała na swoje dzieło i westchnęła, bo wiedziała, że to jest dobre. Klucz do sukcesu? Zobaczenie i, jeśli można tak to nazwać, zrozumienie cieniowania na zdjęciu, to wszystko. Stworzenie rysunku zajmuje mi około dwie, czasem trzy, godziny. Na stronie „The Gallery of Shadows” możecie zobaczyć moje najlepsze prace.

Niech Bach będzie z Wami!

Stay fishy!

<><

/

Dad took me to the first concert when I was six – it was a performance of Blackmore’s Night, which, if I am not mistaken, was held in Płock. Amazing experience, live music, the first original T-shirt with the artist’s logo. One year later I started the music school in Sochaczew, and in high school I added drawing to my list of leisure-time activities. How did I manage to reconcile it?

I will start with what is the most important to me – from music. Music accompanies me every day on my way to work and university, while driving, writing a blog, and walking to a nearby shop. I spend eight hours a day with it, sometimes I torture one song for weeks (lately it has been „Be Our Guest” from „Beauty and the Beast”). It can be said that this is my only addiction. I am not able to leave the house without my headphones, and once I had forgotten about them before a long journey, I bought some shitty set in a newsstand just for ten zlotys, so that I was be able to isolate myself from intrusive sounds and idiotic conversations I was surrounded by. Where does this fascination come from? From my parents. Since I remember my dad has been playing heavy metal bands (Iron Maiden, Scorpions, Metallica, Helloween) from cassettes and recordings, and my mother has been taking me to musicals to ROMA Music Theater in Warsaw. I dreamed of having an instrument on which I could play something heard in a movie, commercials, or someone humming in the street, so during the second year of primary school I took an exam, and, surprisingly, I got into music school.

The first piano lessons were horrible – I could not read music, my unclutter fingers trembled at every move, but I did not give up. One month after starting school, my parents decided to buy me the piano, an old Russian instrument which remembers the times of the USSR. Classes were held four or five times a week, including Saturday, and I also had to practice several hours a day at home. Sometimes I was short of strength. Year after year I became more and more convinced that Beethoven and Chopin were not my cup of tea. I wanted to play something alive, known, surprising. Instead of practicing Bach’s three-voiced tune, I played the main theme of Tim Burton’s „The Corpse Bride„. I spent one night before the exam to learn for a diploma ending the music school (which consisted of five long songs). I was about to change the date of my examination, however, I decided to surprise my piano master, who got pale seeing my going onto the stage. I got B. A miracle? Nobody knows.

After graduating from the music school I had to take a longer break from the piano since playing stopped being a pleasure for me. Before the beginning of high school I opened my out-of-tune piano and the adventure began again. I began to explore the secrets of soundtracks and find information about composers. Fascination turned into love. And so in one week I was able to go on the concert of Hans Zimmer, John Williams, Jan A. P. Kaczmarek, Leszek Możdżer or James Horner, and then go with my dad to Ozzy Osbourne‚s performance in order to wave my hair in the rhythm of sharp metal tracks. Nothing has changed – even now I go to more or less ten concerts every year, and on my playlist there are both Grieg and Tenacious D‚s works. Money does not count, new shoes cannot be compared to a ticket for a live performance or another CD of Radical Face .

What about drawing? Where did the idea of ​​making friends with a black marker appear? Since my childhood I have drawn and painted as much as possible – with pencil, crayons, pastels, paints – nevertheless the effects were never satisfactory. In high school I accidentally discovered the works of Andy Warhol and Roy Lichtenstein (allegedly kitschy pop-art), which led me to face black and white drawing technique. I bought a marker, printed a photo of Marylin Monroe, and then, looking at it, I began to draw the portrait on a piece of paper. And Fish looked at her work and sighed because she knew it was good. The key to success? Seeing, and if you can call it that, understanding of shades in a picture, that is all. Creating a drawing takes me about two, sometimes three, hours. On the website „The Gallery of Shadows” you can see my best works.

May Bach be with you!

Stay fishy!

<> <

Jedna myśl na temat “Warhol, pop-art, markery, muzyka filmowa i koncerty, czyli to, co rybki lubią najbardziej / Warhol, pop-art, markers, soundtracks, and concerts, so things fish love the best

  1. I znowu podobieństwa, choć Ty Agato dokończyłaś rozpoczętą naukę muzyczną i widocznie masz wielki talent nie tylko literacki, ale i plastyczny.
    Z muzyką było u mnie podobnie, a największy wpływ na mnie miał mój ojciec ale chrzestny i jego pasje muzyczne – w tym przypadku zbieżne z tymi jakie ma Twój tata 🙂
    Reszta braci mojej mamy, moja mama i mój ojciec, to mieszanka: od Janis Joplin, po ZZ TOP i włoskie piosenki o miłości. Wachlarz muzyki, której słucham jest szeroki, ale mam też tak, że katuję poszczególne zespoły lub konkretne utwory tygodniami, aż do nasiąknięcia dźwiękami.
    Bywa, że próbuję moją miłością zarazić sąsiadów, za co ich przepraszam, ale lubię dzielić tym co najlepsze 🙂 (wiem, wiem – to subiektywna ocena).
    Moja babcia uczyła całe życie gry na pianinie, ale nie udało jej się mnie okiełznać, ani też zarazić swoją pasją. Niestety pomimo prób, nie podjęłam wyzwania. Byłam zbyt leniwa.

    Rysowanie – lubiłam szkicować węglem, lubiłam kolorować, odwzorowywać ale tylko rysunki w zeszycie od biologii, bo ani talentu nie mam, ani też wyobraźni żeby pokusić się np. o abstrakcjonizm 🙂

    Gratuluję Ci tak hojnego obdarowania przez los rozlicznymi talentami i trzymam kciuki, żebyś nigdy nie zarzuciła żadnego z nich.
    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s